Goście

Zdjęcia zamieszczone na tym blogu, podpisane moim imieniem, są MOJĄ WŁASNOŚCIĄ, chronioną przez prawa autorskie. Jeśli jest inaczej - informuję o tym.

ZABRANIAM kopiowania i wykorzystywania moich tekstów, zdjęć (szczególnie z dziećmi) oraz pomysłów bez mojej wiedzy i zgody. Jeśli coś Ci się podoba i chcesz skorzystać z mojego pomysłu - napisz. Zawsze można się porozumieć.

Nie kradnij!!!

Akcja: Nie kradnij zdjęć!

wtorek, 7 lutego 2012

Jeszcze świątecznie...

Takie ozdoby zrobiłam córci na choinkę do szkoły: dzwoneczek, gwiazdkę i kwiatek 3d. Zdjęcie nie oddaje ich uroku. Miałam zamiar zrobić jeszcze dla siebie, ale od 12 grudnia byłam zajęta przeprowadzką i nic z tego nie wyszło. Może w przyszłym roku...

wtorek, 31 stycznia 2012

Witajcie w Nowym Roku ;)))

Dzisiaj krótko i bez robótek. Właśnie testuję sobie iplusa i wychodzi na to, że w końcu będę miała internet. Bardzo się z tego cieszę, bo już się stęskniłam za Wami, a poza tym takie czasy, że bez internetu, jak bez ręki ;P.
Jeszcze raz dziękuję Wam za serdeczne i ciepłe życzenia świąteczne.
O nowym miejscu napiszę tyle, że jest dużo lepiej, niż w poprzednim. I to z wielu powodów. Moja sytuacja jest bardzo złożona i mogłabym o tym napisać kolejnego bloga ;))). Jesteśmy zadowoleni, choć do szkoły musimy wychodzić pół godziny przed dzwonkiem na lekcje, na wiele rzeczy nie mam czasu, bo samo chodzenie zajmuje mi co najmniej 3 godziny dziennie. Ale plusy przeważają, więc cieszymy się i jest nam dobrze. Choć jeszcze nie wszystko poukładane i uporządkowane jak trzeba.
Przekonałam się też, że tak jak dużo jest ludzi podłych i zawistnych, tak też dużo jest wspaniałych i serdecznych, gotowych pomóc, kiedy zajdzie taka potrzeba.
Najważniejszym wydarzeniem dzisiejszego dnia są 9 już urodziny mojej perełki.
Chyba mogę powiedzieć, że jestem w końcu szczęśliwa, choć jeszcze wielu rzeczy mi brakuje... Albo może o tym chicho sza, żeby nie zapeszyć ;))).

Cieszę się, że znowu jestem z Wami :)))

piątek, 16 grudnia 2011

Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku.

Wszystkim już teraz życzę wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku. A przede wszystkim byście spędzili ten czas w miłej, ciepłej rodzinnej atmosferze.
Nie wiem, kiedy tu zawitam, ponieważ nie będę mieć na razie internetu,. Nie wiem, jak długo. Muszę wybrać spośród mobilnych propozycji jakąś przystępną. Będę miała tylko sporadyczny dostęp u Mamy.
Właśnie się przeprowadzam. Jest to moje zeszłoroczne marzenie. Mam nadzieję, że w nowym miejscu wszystko mi się poukłada i że będzie dobrze. Choć jak na razie jest to jeszcze taki przystanek, a nie miejsce docelowe.
Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie i mam nadzieję, do jak najszybszego usłyszenia już z nowego miejsca :)))

piątek, 9 grudnia 2011

Czerwona szydełkowa czapeczka.

Zrobiona prawdopodobnie wiosną 2006. Szydełko nr 2. Miałam wtedy jeszcze mały wybór szydełek. Wykorzystałam wzór z "Damy w swetrze" nr 6\2005, model 7.

środa, 7 grudnia 2011

Czapula w paseczki.

Czapa dla mojej młodszej siostrzenicy zrobiona z Kotka chyba, druty nr 4, granatowa włóczka to domowe resztki. Powstała w listopadzie 2008 roku. Oczywiście czapka robiona od ręki, bez żadnych schematów i planów.
Z nowościami będzie raczej krucho, ponieważ od dwóch tygodni mam spuchniętą prawą dłoń i ją bardziej jeszcze oszczędzam, choć już wiem, że muszę się liczyć z tym, że tak może zostanie.
Odkąd przestawiłam komputer w inne miejsce, jakoś ciągle mi z nim nie po drodze, ale obiecuję, że będę chciała to zmienić :))).
Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy mimo wszystko zaglądają i pamiętają.
W zeszłym tygodniu miałam 12 cykl herceptyny. Zostało tylko 5. Żyłki mam już biedne i kruche, ale zostało tylko 10 kłuć, plus-minus 5, bo czasem panie w laboratorium muszą mnie kłuć dwa razy. Czuję się dobrze.
I mam nadzieję, że niedługo będę miała więcej czasu na blogowe czytanie, bo już się stęskniłam, a ciągle jakoś mi tak ostatnio nie wychodzi.

Na koniec mała prośba. Potrzebuję brązowej trawki bez połysku na czapkę misia dla chłopca. Przynajmniej 10 dag. Gdybyście miały na zbyciu (chętnie odkupię) albo mogły mi coś podpowiedzieć, będę bardzo wdzięczna.

wtorek, 1 listopada 2011

Żołte wdzianko.

Resztki. Szydełko chyba nr 4 albo 4,5. Zrobione w drugim tygodniu sierpnia.

Czasu ciągle brak. czeka mnie podjęcie bardzo poważnej decyzji, której konsekwencje moga być dla mnie nawet trochę niebezpieczne. Ale to chyba w tej chwili jedyny sposób, by odzyskać spokój. Nawet rak nie wykańczał mnie i nie wykańcza tak psychicznie, jak to środowisko, w którym zmuszona jestem żyć. I jak człowiek, z którym muszę dzielić mieszkanie...

piątek, 28 października 2011

Topy.




Zielony top powstał w 1. tygodniu sierpnia, białe w trzecim. Białe z Peonii, zielona z Malwy. Szydełko nr 3,25. Schemat z "Małej Diany Extra" 1/2006, model 2.
Do tego będą spódniczki.
Na zdjęciach dziewczynki mają trochę znudzone minki, bo musiały przerwać zabawę do zdjęcia :)))

środa, 19 października 2011

Zielony top i inne przyjemności ;p

Na początku muszę stwierdzić, że uwielbiam swojego lekarza. A to za spraw jednego pięknego zdania, które dziś od niego usłyszałam. jak Wam wspomniałam, między 8 i 9 cyklem herceptyny (nie 7 i 8, jak napisałam w poprzednim poście, pomyliła mi się liczba cykli, które mam już za sobą ;p) dostałam uczulenia. Była to czerwona, ciepła pokrzywka na prawej ręce. Na izbie przyjęć dowiedziałam się, że gdybym miała różę nowotworową, to nikt tam nie umiałby tego rozpoznać. W poniedziałek udałam się na oddział do jedynego onkologa, jakiego mamy na miejscu i uspokoił mnie, że róża pojawia się w okolicy blizny. Dzisiaj chciałam jeszcze dokładniej podpytać mojego lekarza, żeby w razie czego mieć jakąś wiedzę. W necie jest bardzo mało na ten temat. Mój lekarz popatrzył na mnie lekko zdziwiony, z delikatnym uśmiechem i stwierdził, że o niczym takim nie słyszał. Trochę mnie to speszyło, zaczęłam więc się tłumaczyć, że coś tam słyszała, chciałabym wiedzieć więcej, tak w razie czego i usłyszałam, że nie muszę nic wiedzieć, ponieważ mnie to nie dotyczy, NIE MAM CHOROBY NOWOTWOROWEJ, w moich wynikach było wszystko w porządku, zostałam poddana radykalnemu leczeniu, mam więc o tym w ogóle nie myśleć, zapomnieć, bo jedyne, co może mi się teraz przydarzyć, to skutki uboczne po herceptynie !!! A mówił to wszystko z takim przekonaniem i pewnością siebie, że od razu poczułam się zdrowa :))).
Do tego usłyszałam jeszcze jedną nowinę, która dała mi nadzieję na zmiany, więc chyba powoli odbijam się od dna.Pewnie wpadnę w jeszcze w niejeden wir, ale co tam, teraz to już tylko lepiej może być, choć nie od razu :))).

A na dole zielony top. Wzór i inspiracja model50 , Moa nr 11 (461). Zmodyfikowany do mojego wieku ;p i do mojej sytuacji. W oryginale gołe plecy, tylko staniczek i dwa kwadraty z przodu i szelki. Siostra zrobiła mi zdjęcie, jak nachylam się w tej bluzce, ale nie mogę tego zdjęcie znaleźć, więc chyba go nie przegrałam.
Poszły 4 motki Etiudy - 66 % bawełna, 32 % wiskoza i 2 % poliamid. Szydełko nr 3, 25.
Jest to włóczka supełkowa, może niezbyt odpowiednia na top, ale na nic innego by mi nie starczyło. Nosiło mi się dobrze, choć przy zakładaniu niezbyt było przyjemnie z prawej strony. Bo ja tam ciągle na dużym kawałku skóry po boku nie mam czucia.
Włóczka dla wprawionych w szydełkowaniu, bardzo źle się pruje i traci swój wygląd.
Robiłam w lipcu, zrywami, zdjęcie z pierwszego tygodnia sierpnia.



czwartek, 13 października 2011

Coś o sobie ;p


Jeszcze w lipcu dostałam od Reni i Eli wyróżnienie, które pokazuję teraz, bo wówczas mnie w necie nie bywało.



Co muszą zrobić nominowane osoby?
- Umieścić podziękowania i link do blogera, który przyznał nagrodę
- Skopiować i wkleić logo na swoim blogu.
- Napisać o sobie 7 rzeczy.
-Nominować 16 innych blogerów -nie można nominować blogera, który Wam przyznał nagrodę
- Napisać im komentarz, by dowiedzieli się o nagrodzie i nominacji .
Bardzo dziękuję za to piękne wyróżnienie, ale tradycyjnie dalej nie przekazuję, bo to zbyt duży stres jest, poza tym mam blogi w zakładkach dlatego, że je lubię :)))

Najtrudniejsze z tego wszystkiego, to 7 rzeczy o mnie ;p.

1. Jestem okropną gadułą, zwłaszcza jeśli mam towarzystwo, które mi odpowiada intelektualnie i światopoglądowo lub które po prostu lubię. Wchodzę nawet innym w słowo, czego nie lubię i nad czym usilnie pracuję, by tego nie robić. Jak na razie z marnym skutkiem, ale się nie zrażam ;))).

2. Nie cierpię prymitywnych, zawistnych plotek i opowieści o czyimś życiu prywatnym, wyglądzie, stylu ubierania się czy życia. Czuję wręcz fizyczny wstręt do ludzi, którzy czerpią satysfakcję i przyjemność z obgadywania innych i szkodzenia im w ten sposób. Szczególnie do dwulicowców uśmiechających się w twarz i obgadujących za plecami.

3. Nie cierpię chamstwa, arogancji, wulgarności, prostactwa, prymitywizmu, zakłamania, cwaniactwa, głupoty. Tym bardziej że mieszkam w takim miejscu i stykam się z tym każdego dnia.

4. Kiedy coś mi się nie podoba albo nie zgadzam się z czymś lub kimś, często muszę to z siebie wyrzucić, bo bym się chyba udusiła. Nie jestem z tego zadowolona, bo są sytuacje, w których lepiej ugryźć się w język dla własnego dobra ;)).

5. Zawsze gdy wyjeżdżam albo wychodzę z dziećmi na spacer, zabieram ze sobą robótkę (najczęściej szydełkową, bo najporęczniejsza w każdej niemal sytuacji ;)). Zawsze za dużo i sukces jest, gdy mi się uda choć jedną czwartą z tego zrobić ;p. Tyle że sobie trochę podźwigam ;p.

6. Lubię otaczać się ludźmi mądrymi, inteligentnymi, mającymi swoje pasje, ludźmi mądrzejszymi ode mnie, ludźmi, od których mogę się czegoś nauczyć.

7. Nie jestem zazdrosna w sensie zawiści. Jeśli zazdroszczę to z podziwem dla czyjejś wiedzy, umiejętności, talentu, że też bym tak chciała. Jest to zazdrość inspirująca i zmuszająca do samorozwoju. Takiej zazdrości zawistnej, bo ktoś ma coś czego nie mam ja wprost nie cierpię i nie lubię ludzi, którzy wszystkim wszystkiego zazdroszczą.

Uff, ocieram pot z czoła ...

A to zdjęcia z dnia 12 lipca - mój pierwszy spacer bez chusteczki ;))). Po 9 miesiącach noszenia chusteczek tak się przyzwyczaiłam do nakrycia głowy, że czułam się, jakbym była nago, choć nikt nie zwracał na mnie uwagi. A gdy byłam w chustce na głowie, to wiele osób.




wtorek, 11 października 2011

Jak ten czas szybko leci...

Ostatnio jakoś tak się składa, że nie mam czasu ani na komputer, ani na Internet. Ciągle sobie mówię : "Dzisiaj nadrobię zaległości" i ciągle nie mam w to "dzisiaj" kiedy tego zrobić.
Lipiec był dla mnie bardzo trudny. Czułam się bardzo słabo, pogoda nie sprzyjała ani dobremu nastrojowi, ani dobremu samopoczuciu. Moje było wręcz fatalne. Zdarzało się, że byłam taka słaba, że nie wychodziłam z domu, bo bałam się zasłabnięcia na ulicy. Było bowiem tak, że dwa razy ledwo wróciłam do domu.
Do tego doszła wiadomość o odejściu Małgosi. Nie mogłam się pozbierać przez wiele dni. Na pewno fakt, że sama jestem chora nie był bez znaczenia. Też jestem blisko tej granicy, a może to ona jest blisko mnie.... Miałam koszmarne sny i ciągle myślałam o tym, że powinnam wszystko uporządkować, spisać testament i przygotować ubranie pogrzebowe. Wiem, że nie jest przyjemnie to czytać, ale tak się wtedy czułam. A skoro piszę o chorobie, nie mogę tego przemilczeć. Przez wiele tygodni unikałam Internetu.
Sierpień był rodzinny i szybki. Spędziłam go praktycznie całego z rodziną. Moją. Nie mam namyśli m., bo z tej strony od wielu już lat nie spotyka mnie nic dobrego i nawet moja choroba tego nie zmieniła. Dzień miałam wypełniony od rana do wieczora. Coś tam szydełkowałam, ale nie tak dużo, bo jednak ręka mnie boli, a gdy zrobię trochę więcej, to nawet bardzo. I nie muszę się specjalnie wysilać. Wystarczą codzienne obowiązki. Mam nadzieję, że to kiedyś minie...
Wrzesień i październik to czas poświęcony na prostowanie krętych ścieżek mojego życia. Nie jest ono ani łatwe, ani przyjemne, jak to się może niektórym wydawać, ale sprawy te są tak trudne
i nieprzyjemne, że raczej na blogu nie będę o nich pisać, choć czasem jest we mnie taka złość i bunt na to wszystko, że miałabym chęć wykrzyczeć to całemu światu. A najbardziej w tym wszystkim przykre jest to, że będąc poważnie chorym człowiekiem, nie mam prawa czuć się jak chora. Nie w swoim domu.
Po operacji nie wyobrażałam sobie życia sama z dziećmi. Myślałam, że nie dałabym rady. Ale okazało się, że dałam sobie radę. Raz lepiej, raz gorzej. Bo na m. nie mogłam i nie mogę liczyć. Wprost przeciwnie. Nie jest łatwo...Bez pracy, bez pieniędzy, z dwójką małych dzieci i RAKIEM. Dreptam od instytucji do instytucji i szukam pomocy. Na szczęście trafiłam na ludzi życzliwych, którzy chcą mi pomóc. Ale nie wszystkim się to oczywiście podoba. Szczególnie powinowatym moim, a krewnym moich dzieci.
Myślałam, że uda mi się we wrześniu wybrać na rehabilitację. Potrzebuje tego i ręka i kręgosłup. Niestety, zbyt dużo spraw mam na głowie, a szczególnie jedną, bardzo poważną. Nie wiem, jak to będzie, kiedy się ziści, boję się, bo to wielka dla mnie niewiadoma, postawiłam na jedną kartę, ale myślę, że będzie lepiej niż teraz. Musi być lepiej. W końcu chcę być jeszcze szczęśliwa.
Trochę się filozoficznie zrobiło. Pewnie co niektórzy usną, zanim dotrą do końca ;).
Mam nadzieje, że uda mi się częściej zaglądać, choć nie obiecuję. Będę chciała, bo może tak być, że za jakiś czas, przez jakiś czas nie będę miała dostępu do Internetu. Nie wiem, jak to będzie.
Dziękuję, że jesteście i że macie cierpliwość :))).
Mam za sobą 8 cykli herceptyny i znoszę ją dobrze. Jestem tylko trochę słabsza i szybko się męczę. Do siódmego cyklu udało mi się obejść bez klemastyny. Niestety po siódmym cyklu dostałam uczulenia i to na prawej ręce, więc teraz klemastynę muszę brać. Nie bardzo mi to odpowiada, bo jestem potem senna, powolna, mam zaburzenia koncentracji, zawroty i ból głowy na drugi dzień problem z obudzeniem się. Ale cóż poradzić, jak trzeba, to trzeba.
I muszę tu napisać, że mój pan doktor, który zaliczył "wpadkę", teraz zachowuje się bez zarzutu, nienagannie. Jest miły, cierpliwy, odpowiada na wszystkie moje pytania i nie lekceważy moich lęków. Być może miał wtedy zły dzień i stąd jego niewłaściwe zachowanie. W każdym bądź razie jestem z niego bardzo zadowolona.
Włoski już mi ładnie odrosły, ale fryzurkę mam nie taką w moim stylu, bo mi ciągle szkoda obciąć moje włoski. Nie są bardzo długie. Rosną mi połowę wolniej niż normalnie. Nie są ani gęściejsze, ani sztywniejsze. Mięciutkie jak były. Jedyna różnica, to że delikatnie się kręcą. Jak były krótsze, to żartowałam sobie, że żyją własnym życiem ;))), bo nad niektórymi kosmykami nie mogłam zapanować.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, bo choć życie mnie przez ostanie miesiące wykańcza psychicznie, to jednak nie poddaję się i jestem dobrej myśli.
I jeszcze dziękuję bardzo za Wasze przemiłe i ciepłe komentarze pod ostatnim postem :*.

czwartek, 8 września 2011

Wszystko dobrze.

Daję znak, że dobrze się czuję. Dajcie mi jeszcze trochę czasu. Odejście Małgosi bardzo źle na mnie wpłynęło psychicznie. Przez wiele tygodni nie mogłam się zmusić, żeby zaglądać do Internetu. Postaram się wkrótce napisać więcej i odpowiedzieć na komentarze. Dziękuję za Waszą troskę. Jesteście kochane :*.

środa, 20 lipca 2011

Dla Małgosi...

To dla Małgosi...
Nie na takie wiadomości czekałam ... :(((

piątek, 8 lipca 2011

Korale czarno-czerwone

Czarna Maxi i czerwona Perle , choć na zdjęciu wygląda na malinową. Z tej, z której i komplet ananasowy. Szydełko nr 1. Dla przesympatycznej pani Ani. Robione na zamówienie. Od środy u nowej właścicielki. Aż mi się zachciało też posiąść takie w takiej kolorystyce ;p.

czwartek, 7 lipca 2011

Kolejne ananaski.

Pięć ananasków powstało w czasie mojego pobytu na wsi. Jedne zielone po powrocie, bo nie wzięłam ze sobą wszystkich koralików. Zrobione na zamówienie. Od wczoraj w nowym domu czerwone, zielone i żółte, które robiłam wcześniej. Choć do rąk nowej właścicielki trafią dopiero pod koniec lipca - jako prezent urodzinowy.


We wtorek byłam z dziećmi w Kielcach i pogodę mieliśmy w kratkę. Kilka razy deszcz nas zmoczył, kilka razy słoneczko i wiaterek osuszyły. Nie narzekam, bo gdybym musiała dzieci zabrać wczoraj, to nie byłoby żadnych szans na spacer, za to przemoklibyśmy bardzo.
Ale jak widać, moje skarby wody się nie boją :)))

Efekt spaceru to wizyta w MarMonie. Kolejne zakupy ;p. Koraliki po lewo z Allegro. Po prawo kieleckie. Część moja, część córci (na korale) i część synka (na bransoletki) .


Teraz pora brać się do roboty. Gorzej, jak nie znajdą się chętni ;p. Będę miała inną biżuterię na każdy dzień roku ;ppp.
A dzisiaj już wyszło słoneczko, ale po dwóch dniach wędrówek w deszczu nawet nie chce mi się z domu wychodzić... Ale jeszcze południa nie ma, więc wszystko się może zmienić :)))

niedziela, 3 lipca 2011

Kamizelka.


Taka sobie moherowa kamizelka dla mojej córuni powstała w 2004 r. Córcia mało w niej chodziła, bo akurat nie miała za bardzo do czego. Ale lubiła ją bardzo, bo już jest spruta i myślę zrobić cóś innego ;p. Zanim powstała kamizelka, były z tego moheru dwa szaliczki. Jeden wydziergany przeze mnie, drugi przez moją siostrę. Druty nr 4.

Jak patrzę na to, co za oknem się dzieje, to przypomina mi się taka piosenka z harcerstwa:
"Lato, deszczowe lato, na przekór ludziom, na przekór kwiatom,
lato, deszczowe lato, że nawet świerszcze nie mogą grać"
I zaraz jeszcze "Piosenka na rozgrzanie". Ech wspomnienia...

sobota, 2 lipca 2011

Czerwone kwiatuszki znów.

Ostatnie już kolczyki zrobione u siostry dzień przed wyjazdem. Tym razem dla mojej kochanej chrześnicy Karolinki. Perle, szydełko nr 1.




A niżej prezent, który sobie wczoraj sprawiłam ;))) a co tam. Jak szaleć, to szaleć ;p. A zakupy wełno-filcowe zrobiłam tutaj.


A wszystko dlatego, że podobają mi się filcowe ozdoby, a poza tym, jak widać na załączonym poniżej zdjęciu, uczę się filcowania kulek :))). Okazało się, że moja Córcia ma ku temu większe zdolności, raczej wrodzone, niż odziedziczone po mamusi ;p. Bo jak wyraźnie widać moje dwie pierwsze kulki są marne i jeszcze długa droga przez mękę przede mną ;p. Chociaż napawa mnie pewną nadzieją fakt, że Zgraynka też dopiero zaczęła, a po dwóch dniach już takie cudeńka małe robi :))).
Zaczęłam od filcowania na mokro, ale może powinnam spróbować igłami. Oczywiście dzieci też chętnie filcowały :))). Każde na swój sposób ;p.



A tu mój mały relaksik na dzisiejszy wieczór :))). W takim towarzystwie powstał ten pościk :))). Mój ulubiony napój butelkowy ;p i pyszne, choć może niezbyt okazałe, tiramisu :))).
Skosztujcie, jeśli macie chęć :))). Niestety, tylko wirtualnie, a to za sprawą Eli, która pokazała swoje i narobiła mi "smaka" :)))
Życzę wszystkim udanego sobotniego wieczorku :))).

piątek, 1 lipca 2011

Czerwone kwiatuszki.

Te kolczyki zrobiłam dla siostrzenicy szwagra. Wiem, że jest z nich zadowolona, choć na zdjęciu nie widać ich uroku. Niestety zdjęcia biżuterii, którą zrobiłam u siostry w czasie pobytu, takie mi właśnie wyszły byle jakie. Zaczęte w sobotę, a skończone w niedzielę przed moim wyjazdem. Perle, szydełko nr 1.
A tak w ogóle to dzisiaj zaszalałam i zrobiłam sobie prezent ;p. Jutro się pochwalę, jak zrobię zdjęcie w świetle, mam nadzieję, pięknego dnia :))). Bo dzisiaj to u mnie cały czas mży...

czwartek, 30 czerwca 2011

Szare kulki.

Te kolczyki zrobiłam na prezent dla koleżanki mojej siostry w maju, w niedzielę przed wyjazdem. Są inne trochę niż wcześniejsze, bo koraliki mają w postaci małych ciosanych rurek, na dole pod spodem małe, a między kulką i biglem większe. Szydełko nr 1. Snehurka. Niestety nie mam lepszego zdjęcia.

środa, 29 czerwca 2011

Szare koraliki.


Takie koraliki zrobiłam mojej siostrze w niedzielę przed wyjazdem z szarego melanżu do kolczyków - szarych kulek. Szydełko nr 1.

Czy Wy też dostajecie listy od Harmony ???

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Relaks.

Na wsi było super. Szkoda że tak krótko. Wypoczęłam, spędziłam czas w miłym towarzystwie i chodziłam sobie bez nakrycia głowy ;p. Na zdjęciu nie uwiecznione zostały moje kordonki i włóczki, które pojechały ze mną ;p . Niewiele podziergałam, ale coś tam się dokończyło, coś powiększyło, coś powstało.
Dzieci zadowolone, ja też, może się uda wyrwać jeszcze na jakiś week-end :)))
Moja córcia stwierdziła, że na wsi jest fajnie, a w mieście nudno ;))) . Ale teraz siano przewraca maszyna :))), więc się nie napracowała, choć ulubionym miejscem była obora, a krowy mało nie pękły z przejedzenia, bo moje dzieciaczki cały czas chciały je karmić. I pieski również.
Nie chciało nam się wcale wracać do domu.

sobota, 25 czerwca 2011

Sandruniowy naszyjnik.

A to pierwszy naszyjnik mojej córuni. Z moim minimalnym wkładem (łańcuszek na szydełku i nawlekanie maciupkich koralików do wiszących muszelek i przymocowanie tychże). Bardzo Jej się spodobało, więc to chyba nie ostatni :)))

piątek, 24 czerwca 2011

Czerwony wisiorek.

Ananasek powstał razem z ananaskami na kolczyki, ale formę wisiorka zyskał we wtorek. I w środę na zakończeniu roku szkolnego prezentował się tak. Jeszcze tylko muszę zapięcie dopracować.

czwartek, 23 czerwca 2011

Żółty wisiorek.

Kwiatuszki do tego wisiorka powstały dokładnie 14 maja br. Dzień przed komunią Karolki. Niestety nie zdążyłam z nich zrobić wisiorka na uroczystość, bo nie bardzo wiedziałam, jak połączyć kwiatki. Za to udało mi się na zakończenie roku do Igorka. Kolczyki już Wam znane :)))
A jutro jadę na wieś na trzy dni i będę wypoczywać ;p. Moje dziewczę natomiast marzy o wydojeniu krowy ;))).

środa, 22 czerwca 2011

Słoniowe stadko.


Za sprawą tych oto małych oszołomków zrobiłam sobie przez ostatnie dni szlaban na komputer ;))) tylko poczta do kawy. Jestem pełna podziwu dla samej siebie, że tak wytrzymałam, ale inaczej nie zdążyłabym zrobić tych oto 4o sztuk. Na górze słoniki dla przedszkolaków, na dole dla pierwszaków. Po środku obie grupki razem- jedne wykończone, drugie jeszcze w postaci kadłubków. Słoniki mają około 10 cm długości. To takie moje podziękowanie dla Pań za całoroczną pomoc.
Szydełko nr 2,5 i resztki oraz nie resztki ;))) W środku gąbka tapicerska. Jeszcze mi trochę zostało :D.
Moje dzieci zrobiły sobie zamówienie na wiele takich słoników, ale to chyba nie w najbliższej przyszłości ;p

sobota, 18 czerwca 2011

Wyniki.

Dwa miesiące po zakończeniu radioterapii miałam się udać na kontrolną wizytę do mojej pani doktor. Udałam się troszkę później, bo akurat pani doktor w tym czasie nie było, a potem ja wyjechałam. Wizualnie wszystko jest w porządku. Skóra po radioterapii ładnie się goi. Efekt żelazka prawie zanikł :))) Nie muszę rezygnować z bluzek na ramiączkach. Oczywiście do trzech miesięcy po radioterapii skórę trzeba chronić przed słońcem, ale nie należy dać się zwariować. Muszę używać kremu z faktorem +50. Mam taki dla dzieci. Oczywiście opalanie nie wchodzi w grę. I raczej unikać przebywania w miejscach nasłonecznionych. Ja jednak ciągle tę moją naświetlaną skórę staram się ukrywać, choć mało posiadam bluzek z krótkim rękawem. Po prostu wolę takie na ramiączkach. Ale jakoś się przemorduję :))) taka mała niedogodność mnie zbytnio nie męczy.
Po trzech miesiącach od zakończenia radioterapii dostałam skierowanie na kontrolne badania obrazowe.
Prześwietlenie klatki piersiowej wyszło dobrze.
Mammografia piersi lewej też. Dla pewności miałam dwa razy robioną mammografię dołu pachowego, bo miałam też robione usg i tam się coś pani doktor nie spodobało, ale to drugie badanie rozwiało wątpliwości i wszystko jest w porządku. Badanie niezbyt przyjemne, kto miał, ten wie ;))) na szczęście krótko trwa.
Ostatnie, usg blizny po stronie operowanej. I tu są pewne wątpliwości, ponieważ usg wykazało obszary hypoechogeniczne. Oznacza to mniej więcej tyle, że: albo są to blizny po naświetlaniach (według lekarza robiącego usg najbardziej prawdopodobne), albo...wznowa, nawrót, po prostu zmiany nowotworowe - muszę się z tym liczyć. W związku z powyższym za trzy miesiące ponowne usg blizny.
Nawrotu nie przyjmuję do wiadomości. Właśnie robię porządek w swoim życiu i nie zamierzam się ani załamywać, ani poddawać. Nawet gdybym miała nie wiem jak długo brać czerwoną chemię i chodzić łysa. Zawzięłam się. Zwłaszcza że rodzina m. robi wszystko, żeby zatruć mi życie i żebym nie wróciła do zdrowia. Nawet na pewną imprezę rodzinną zaprosili mnie po to, żeby sprawdzić, jak długo jeszcze pociągnę i czy rak i chemia bardzo mnie zniszczyły.
Trochę nieprzyjemnej prywaty, ale doszły mnie ostatnio takie wieści, że muszę dać upust. Ciężko jest nie móc głośno mówić (pisać) o pewnych sprawach, kiedy bardzo chciałoby się to zrobić.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Ananasy pierwszej klasy ;-P


Czerwone, żółte i pomarańczowe zrobione z Perle 8, szydełko nr 1. Białe to Muza, a zielone - Maxi. Zielone i pomarańczowe szydełko nr 1,5, natomiast pozostałe - 1.
Odczuwałam brak kolorowych kolczyków, więc sobie machnęłam kilka ananasków. Kolczyki w tej formie bardzo mi odpowiadają. Musiałam sobie zrobić drugą białą parę, bo pierwsze przyżółkły, niestety. A Wy macie jakieś sposoby na ocalenie bieli??
Czerwone zrobione jeszcze w zeszłym tygodniu w piątek (jest jeszcze jeden ananasek na zawieszkę, ale zapomniałam sfotografować), zielone i jeden pomarańczowy w ten piątek, reszta w sobotę. A bigielki w niedzielę, po wyschnięciu.
Zastanawiałam się, czy nie robić takich kolczyków na sprzedaż, ale nie wiem, za ile? Żeby nie było za drogo, ale też nie za pół darmo... I tak sobie przeglądam ceny w różnych sklepach internetowych i myślę, myślę, i nic jeszcze nie wymyśliłam ;p
Week-end w ogóle miałam pracowity, bo powstało coś jeszcze, ale nie jest ukończone, więc nie pokazuję, bo ja przesądna jestem. Nie lenię się w każdym bądź razie :)))
A na zdjęciach widzicie MOJE NOWE WŁOSKI ;P. Czas do fryzjera ;P

sobota, 11 czerwca 2011

Skarpety.



Jak widać na załączonych zdjęciach popełniłam aż trzy ;p pary skarpet. Pierwsza para - tak, tak, to jedna para, choć na każdym zdjęciu wyszedł inny odcień, najbardziej zbliżony to ten dolny z lewej strony - powstała w 2004 r. jesienią, chyba w listopadzie, dla mojej córci.
Drugie szare zrobiłam też jesienią, ale w 2005 r., dla brata.
Trzecie zielone z 2006 też dla córci.
Wszystkie zrobione na pięciu drutach (nr 3,5). Przy pierwszych umordowałam się bardzo, bo robienie na 5 drutach równocześnie to było dla mnie nie lada wyzwanie. Myślałam sobie wtedy, że niemożliwe, żeby ktoś szybko na tylu drutach robił. Późniejsze też były męczące, bo jednak wprawy nie nabyłam, ale nie umordowały mnie tak bardzo, jak pierwsze. Brązowe i zielone rozciągnęły się trochę, dzięki czemu moje dziecię lubiło w nich chodzić. Zielone zwłaszcza były bardzo ciepłe (została jedna, druga spruta). Natomiast mój brat nie skorzystał, bo szare wyszły bardzo zbite i ani rusz nie chciały się rozwlec. Ciężko je było założyć. A wszystko przez moją niewiedzę. Otóż wszystkie te pary zrobiłam oczkami prawymi przekręconymi ;ppp
Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale jeszcze wtedy moja wiedza nie sięgała tak daleko. Dalej nie sięga ;))), ale zdążyłam za sprawą skarpetek (i rękawiczek) zniechęcić się do oczek przekręconych.

piątek, 10 czerwca 2011

Szyjogrzeje.


Popełniłam trzy takowe. Wszystkie chyba drutami nr 4. Pierwszy czarny powstał w grudniu 2003 r. Mężowski. Niebieski w 2006 dla córuni. I jeszcze jeden, biały, ale dokładnie nie pamiętam kiedy, dla mamy. Ale mamie jakoś tak w nim było gorąco, że nie mogła go nosić. I schowała. Bardzo skutecznie. Choć czasem zastanawiam się, czy go nie sprułam...
Robione na wyczucie, po omacku, bo to były czasy, kiedy jeszcze gazetkowo było u mnie cieniutko, doświadczenie drutowe maluchne i tylko szare komórki do pomocy :)))
W porównaniu z cudnymi szyjogrzejami oglądanymi na Waszych blogach, to te moje są baaaardzo biedniutkie ;p

czwartek, 9 czerwca 2011

Męskie czapki.

U góry - czapka cieńsza, na dole - bardzo gruba, z podwójnej nitki.
Obie zrobione w 2003 roku (listopad-grudzień). Pierwsze i jak na razie jedyne męskie czapki. Prosty wzór ściągaczowy. Mąż bardzo lubi tę cieńszą i do tej pory ją nosi, choć już się upomina o nową, bo ta się trochę już sfatygowała. Obie robione drutami nr 4 (nie miałam wtedy dużego wyboru, jeszcze 3 chyba, nie wiem, nie oznakowane). Modelka to oczywiście moja córunia.

wtorek, 7 czerwca 2011

Żółta czapka.

Pierwsza czapka, którą zrobiłam na drutach. Powstała w listopadzie 2003 roku. Druty chyba nr 3 albo 2,5. Cienizna taka nieoznakowana. Najpierw zrobiłam prostokąt, potem zszyłam dłuższe boki, następnie złożyłam na pół i ściągnęłam górę nitką, zrobiłam pompon, przyszyłam. Zrobiłam 4 trójkąty, pozszywałam, przyszyłam. W taki sposób powstała moja (i córci) pierwsza czapka na drutach. Do tej pory na córcię jest dobra, sprawdza się przy mrozach, bo jest naprawdę ciepła. Nie wiedziałam, jak się robi czapki na drutach, więc kombinowałam. Ale pomogło mi to odkryć, jak te czapki można zrobić inaczej. I kolejne już mi wychodziły, jak należy :)))

Szalik natomiast powstał w 1998 r. na tych samych drutach. Zrobiłam go dla mojego brata :))) W tej chwili przeszedł w posiadanie mojego synka :))) Nie jest to pierwszy szalik, bo wcześniej, chyba jeszcze w latach nastoletnich, zrobiłam szalik z moheru.

Cytrynowy sweterek.

Pierwszy sweterek zrobiony dla mojej córuni w 2003 roku, październik - listopad. Bez żadnego schematu, na chłopski rozum, prosty, bo tylko ażurowy dół,a reszta na prawo. Kolor wściekle cytrynowy jest w rzeczywistości. Do użytku domowego. Druty nr 4, bo też miałam wtedy tylko te 4 i 3 chyba. Ta włóczka taka jakaś nitkowa, z odzysku, ale o dziwo, sweterek wyszedł bardzo ciepły. Ale chyba podwójną nitką robiony był. Nie pamiętam tak dokładnie.
Będę Was katować w najbliższym czasie moimi starymi wytworami, bo choć na bieżąco coś się dzieje, to jednak bardzo powoli i to nie tylko z powodu braku czasu, ale też ograniczeń, narzucanych mi przez mą szanowną prawą górną kończynę.
Zdjęcia może nie za bardzo, ale to jedyne, na których ten sweterek jest.
A guziczki to biedroneczki :)))

czwartek, 2 czerwca 2011

Kolorowy zawrót głowy.



Oto ja ;pp
Obiecałam kiedyś zdjęcia kolorowo zamotanej głowy :))) Nie noszę chustek, tylko szaliczki, które składam na pół i zawiązuję z tyłu na supeł i resztę puszczam jak ogonek. Czasem głowę okręcam dwa razy, gdy jest chłodniej na przykład.
Tak się przyzwyczaiłam do tej mojej zamotanej głowy, że bez szaliczka czuję się nijako. Chociaż włoski mam już fajne, wystarczyłoby pofarbować i nastroszyć :p


A na dole zdjęcie w peruczkach ;p
Tak wyglądałam dzień przed drugą chemią :))


Dla tych, które nie chcą peruczki i muszą nosić chusteczki: zróbcie z nich element swojego stylu, wyzwanie, poczujcie się w nich dobrze :))) Ja też na początku czułam się dziwnie, ale stwierdziłam, że skoro już muszę, niech to będzie część mnie. Do takich chustek idealnie pasują oryginalne kolczyki. Szydełkowe na pewno.

wtorek, 31 maja 2011

Immunoterapia w raku piersi.

Jak już wiecie, jestem w trakcie kolejnego etapu leczenia - immunoterapii. Immunoterapia polega na wywoływaniu zmian w układzie immunologicznym organizmu. To głównie leczenie wywołujące powstanie określonych przeciwciał.

Biorę lek zwany herceptyną. (trastuzumab). Przyjmuję go w formie wlewu na dziennej chemii. Trwa to niecałą godzinę. Takich cykli bierze się 17 przez rok, co trzy tygodnie. Co trzeci cykl należy udać się do kardiologa na kontrolę serca, ponieważ ten lek serce osłabia. Jeśli lekarz zauważy jakieś zmiany, przerywa się podawanie herceptyny. Dostaje się też Clemastin przeciwuczuleniowo. Ja poprosiłam już przy drugim cyklu o niepodawanie mi tego leku, ponieważ nie mam uczulenia na białko, a samopoczucie po tym leku (senność) mi nie odpowiada ;p

Herceptyna to lek najnowszej generacji, który uratował już niejedną kobietę od śmierci. Uzyskuje się go dzięki biotechnologii. Zawiera on niewielką część białka myszy i białka ludzkiego. Koszt miesięcznej kuracji herceptyną wynosi 8 tys. zł. Kobiety po wcześniejszej amputacji piersi leczy się nim przez rok - żeby nie było nawrotu choroby i przerzutów. Źródło:

"Preparat herceptyna został zarejestrowany do leczenia pacjentek chorujących na nowotwór określany jako HER2 dodatni. Ten typ, na który cierpi około 20-30 procent kobiet z rakiem piersi, jest wyjątkowo groźny. Pokonać go można wtedy, gdy działa się natychmiast, chociaż i w tym przypadku pozostaje ryzyko rozsiewu.

Herceptyna stanowi ogromny postęp w dotychczasowym leczeniu raka sutka, ponieważ jest lekiem biologicznym, skierowanym przeciwko jednemu białku HER2. Zwiększona produkcja tego właśnie białka przyczynia się do zwiększenia ryzyka nawrotu choroby i pogarsza rokowania. Herceptyna, co podkreślił główny naukowiec University Womans Hospital we Frankfurcie, "zachowuje swoje działanie u kobiet chorych na postępującą, agresywną postać raka" (czyli HER2).
Bardzo skrupulatne badania wykazały, że ten sam preparat wydłuża życie chorych bez względu na to, jak bardzo złośliwy guz jest zaawansowany. Biologiczna postać leku aktywizuje układ odpornościowy do samodzielnej walki z nowotworem i jednocześnie hamuje jego rozrost.
Dzisiaj w całym kraju leczy się bez finansowych kłopotów kobiety po operacjach, u których rozpoznano ten bardzo złośliwy rak - HER2 dodatni. Roczna kuracja jest kosztowna - około 100 tys." Artykuł z 2008 r.


"Immunoterapia w leczeniu nowotworów polega na wykorzystaniu mechanizmów układu odpornościowego do eliminacji komórek nowotworowych. Obecnie jedyną metodą immunoterapii stosowaną w leczeniu niektórych nowotworów jest podawanie przeciwciał monoklonalnych skierowanych przeciwko antygenom nowotworowym, mogących nasilać odpowiedź immunologiczną gospodarza lub hamować rozwój nowotworu przez blokowanie czynników wzrostu nowotworu.

Najczęściej stosowane przeciwciała monoklonalne w leczeniu nowotworów:


Rituksymab mający zastosowanie w leczeniu chłoniaków nieziarniczych oraz samoistnej plamicy małopłytkowej. Działania niepożądane: najważniejsze to zespół uwalniania cytokin (manifestuje się dusznością, skurczem oskrzeli, gorączka, dreszczami i obrzękiem naczynioruchowym) i zespół rozpadu guza, mogące prowadzić do zgonu. Inne: reakcje anafilaktyczne, zaostrzenie choroby wieńcowej lub niewydolności serca, zaostrzenie przewlekłego wirusowego zapalenia wątroby typu B prowadzące do ostrej niewydolności wątroby.

Alemtuzumab mający zastosowanie w przypadku przewlekłej białaczki limfocytowej B-komórkowej. Działania niepożądane: najczęstsze (około 80% chorych w pierwszym tygodniu leczenia) to długotrwałe toniczne skurcze mięśni, gorączka, złe samopoczucie, jadłowstręt, obniżenie ciśnienia tętniczego, ból głowy, nudności, wymioty, biegunka, opryszczka, zapalenie płuc, duszność, posocznica, pokrzywka, świąd, nasilone poty. W celu poprawy tolerancji leku stosuje się go w stopniowo zwiększanych dawkach.

Transtuzumab stosowany w raku piersi. Działania niepożądane: reakcja anafilaktyczna, ostra niewydolność serca.

Cetuksymab i bewacizumab - przeciwciała monoklonalne stosowane w raku jelita grubego z przerzutami i w rakach głowy i szyi. Działania niepożądane: reakcje poinfuzyjne (do 90% po pierwszej dawce), osutka skórna, gorączka, ból głowy, duszność, wymioty, biegunka i in."

DOPISEK 1.06.2011 r.
Nie napisałam, że jestem po trzecim cyklu. Po herceptynie czuję się dobrze, jakbym w ogóle nie brała żadnego leku. Mam nadzieję, że tak będzie po wszystkich cyklach. Gdyby nie ograniczenia pooperacyjne prawej ręki, ból i opuchnięcie nadgarstka (skutki uboczne radioterapii), nie czułabym w ogóle, że jestem chora. Chociaż właściwie to lubię myśleć, że jestem zdrowa, a tylko sprzątam bałagan, jaki zostawił nieproszony gość.

poniedziałek, 30 maja 2011

Niebieskie kwiatki.


Z melanżowego akrylu, szydełko nr 2. takie same jak białe. Małe kolczyki dla małej panienki. Mojej chrześnicy bardzo się podobają, tak jak i białe - Jej pierwsze szydełkowe kolczyki, i to dla mnie jest najważniejsze.

niedziela, 29 maja 2011

Komunijnie - rękawiczki.


Ostatni element komunijnego kompletu, który najbardziej dał mi w kość. Po raz pierwszy robiłam rękawiczki na szydełku. Na dodatek siateczką, która nie należy do moich ulubionych. Zanim powstały te, zrobiłam 2 i pół próbki. Miałam duży problem z uformowaniem kciuka, ale jakoś mi się w końcu udało. Szydełko 2,5, oczywiście Falka. Nie są wprawdzie idealne, ale i tak jestem z nich zadowolona, bo kosztowały mnie dużo pracy.
Gdybym potrafiła, zrobiłabym jeszcze frywolitkowy wianuszek, ale nie potrafię, niestety. Może uda mi się tę trudną sztukę opanować do przyszłego roku, kiedy moja córcia będzie szła do komunii.
A na dole moja kochana Karolinka :)))







sobota, 28 maja 2011

Komunijnie - woreczek.

Szydełko 2,5, Falka biała. Pomysł własny. W niektórych miejscach na zdjęciach widać padający cień. Woreczek jest śnieżnobiały.

piątek, 27 maja 2011

Komunijnie - kolczyki.


Niestety nie zrobiłam dobrych zdjęć kolczyków, więc musicie na słowo uwierzyć, że wyglądają naprawdę ładnie. Szydełko nr 2,5, Falka, perełka w środku, bigle posrebrzane, antyalergiczne.

czwartek, 26 maja 2011

Pasek Gosi.


Miało być komunijnie, ale zostawiłam prawie wszystkie kable u siostry i nie mam jak zrzucić zdjęć. Będzie więc coś starszego. Pasek, który zrobiłam dla siostry. Kolor paska bardziej taki, jak na siostrze. Szerokość paska 10 cm. Wyszedł grubszy, niż mój, bo był robiony z grubszej włóczki. Szydełko chyba 1,5 albo 2. Zrobiony w czerwcu 2007 r. Model 12 z "Damy w swetrze" nr 7/2005.

czwartek, 12 maja 2011

Kurki.


Te cudne kurki dostałam od Tkaitki. Moje dzieci aż piszczały z uciechy na ich widok. I przy każdej wydawały okrzyki zachwytu. Elu, wielkie dzięki :)))
Majówka trwa i potrwa jeszcze z jakieś półtora tygodnia. Siedzę sobie u siostry i odpoczywam psychicznie, bo fizycznie nie da się bardzo ;p . Dzień mam tak wypełniony, że nie mam kiedy usiąść do komputera.Chciałam też trochę podziergać i też mam problem, bo nie mam kiedy. Ale mamy za to cudowną słoneczną pogodę i dużo czasu spędzamy na powietrzu.
Przesyłam wszystkim zatem słoneczne pozdrowienia z Gliwic, jednego z moich ulubionych miast :))) Ech, wspomnienia z młodości ;p

sobota, 7 maja 2011

Rocznica.

Dokładnie rok temu dowiedziałam się, że mam raka. Co się zmieniło?
Mniej się boję, odkryłam w sobie siłę, o której nie wiedziałam.
Rocznica niezbyt miła, ale będę o niej zawsze pamiętać, bo dostałam raka w prezencie urodzinowym. I mam nadzieję, że ten prezent odmieni wszystko na lepsze. Każdego dnia powtarzam sobie, że już jestem zdrowa, po operacji, chemii, radioterapii. Teraz już tylko sprzątam...I to MUSI być prawda.
Pozdrawiam wszystkie kobiety, które przechodzą przez to, co ja. Chciałabym, żeby nam wszystkim się udało.
A jutro jadę na długą "majówkę" ;p.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Koszyczek.


Koszyczek zrobiony rodzinnie (ja i dzieci) na konkurs wielkanocny do przedszkola. Kurczak mi trochę nie wyszedł, pierwszy i jedyny na razie, z głowy, bo nie miałam żadnego wzoru w gazetce ani nie miałam wtedy dostępu do neta, więc musiałam sobie pokombinować. Za to ubranko na jajeczko wyszło super:)). Chyba szydełko nr 1. Nie pamiętam już. Kwiatuszki z bibuły też robiłyśmy z córcią pierwszy raz. I myślę, że nie ostatni :))). Miałam go pokazać przed świętami razem z życzeniami, ale nie wyszło. Kurki jeszcze nie obfocone. Musimy im przygotować ładny kurnik ;)))
I dodam tylko, że kocham liska ;))) Po przejściach z operą korzystanie z tej przeglądarki to dla mnie czysta przyjemność.

środa, 27 kwietnia 2011

Bez tytułu ;p

Komputer działa, ale za to ja nie mam kiedy do niego usiąść :))) Nawet nie miałam kiedy złożyć Wam życzeń. Ale przed świętami nawet zwykłe zakupy są czasochłonne i wszędzie trzeba swoje odstać. W dodatku wszystko na mojej głowie, bo m. pracuje i jest zbyt zmęczony, żeby cokolwiek w domu robić. Zbiesiłam się w sobotę i zostawiłam mu naczynia do pozmywania. Zgadnijcie kto musiał w końcu pozmywać?
W sobotę usiadłam do komputera na 15 min. i zdążyłam zajrzeć na dwa blogi.
Teraz czeka mnie znowu trochę pracy i też nie będzie czasu na komputerowe przyjemności. Żeby tak doba miała ze 30 godzin chociaż i wystarczało mi 5 godzin snu ;p
Jestem po pierwszych ćwiczeniach z amazonkami i bardzo mi się spodobało :))) Moim dzieciom też, szczególnie córci, która ćwiczyła razem z nami :)))
I jeszcze chciałam się pochwalić, że dostałam super niespodziankę od Tkaitki :))) Otóż przyfrunęło do mnie stadko kolorowych, roztrzepanych kurek, które z miejsca zawładnęły serduszkami moich dziatek :))) Postaram się szybko je pokazać :))) Elu, dziękuję :*
Kurki bardzo mi poprawiły humor, nadwyrężony przez m.
Wysyłam do wszystkich cieplutkie promyki :)))

sobota, 16 kwietnia 2011

Już jestem:))

Dziękuję moje kochane za komentarze pod ostatnim postem :))) Niestety z robótek nic nowego nie będzie, bo nie miałam ostatnio czasu i nie będę miała. Nie znaczy to, że nic nie robię. Po prostu powoli to idzie. Będę pokazywać starsze wytwory. Chciałam coś uszyć, ale maszyna mi padła ;p.
Komputer stawiałam na nogi sama, bo akurat nie było to zbyt skomplikowane. Brakowało mi tylko najistotniejszej rzeczy i trochę zeszło zanim udało mi się ją zdobyć. Odzyskałam wszystko, co chciałam, dzięki czemu jestem zadowolona jak zając w kapuście ;p
Zaczynam powoli nadrabiać zaległości na Waszych blogach :)))
Jestem też po pierwszym cyklu herceptyny i na razie czuję się doskonale. Pan doktor trochę się zrehabilitował w moich oczach, bo w trakcie ostatnich dwóch wizyt był bardzo miły. Nawet się nie zdenerwował, że się nie zważyłam ;)))

czwartek, 24 marca 2011

Nie będzie mnie.

Przez jakiś czas mnie nie będzie. Niestety mam problem z komputerem i chyba trafi do naprawy. mam nadzieje, że dorowadzanie go do stanu używalności nie będzie trwało bardzo długo.
Pozdrawiam wszystkich cieplutko i wiosennie, bo nadal humor mam doskonały, mimo tych złośliwości komputerowych:))) I do szybkiego usłyszenia :)))
Jak mi się uda, to bedę do Was zagladac z "telefona", tylko nie wiem, czy uda mi sie skonfigurowac bloggera, żebym mogła zostawiac komentarze i żebym mogła odpowiadac na wasze komentarze. Dlatego prosze o wyrozumiałośc i cierpliwośc.

poniedziałek, 21 marca 2011

Bordowa czapeczka.


Moja pierwsza szydełkowa czapeczka. Zrobiona chyba w 2005, według schematu z Burdy Special nr 2/2004, model 661. Bardzo ją lubiłyśmy obie z Sandrunią. Na zdjęciu już Anulka. Chyba zrobię córci na wiosnę taką. Ta była zrobiona specjalnie do sukienki.
A tak w ogóle to jestem w doskonałym humorze, słoneczko świeci, na spacer "wyprowadziłam" czerwony turbanik ;p. Słucham sobie Renaty Przemyk i podśpiewuję. Dawno tego nie robiłam, ale ostatnio jeden z muzycznych progaramów (wcześniej jakoś nie oglądałam), przypomniał mi, że ja przecież kiedyś dużo śpiewałam i lubiłam śpiewać. Wczoraj wieczorem nawet pośpiewałyśmy sobie z córcią, a właściwie to ja śpiewałam Jej harcerskie piosenki. Fajnie było :))) Wysyłam wszystkim pozytywne, wiosenne fluidy ;)))